BAiKA – „Czas końca złudzeń”: płyta, która rozbraja pozory i zostawia samą prawdę

BAiKA – „Czas końca złudzeń”: płyta, która rozbraja pozory i zostawia samą prawdę
fot: Okładka

Są takie albumy, które włączasz „na chwilę”, żeby sprawdzić singiel, a po trzech numerach wracasz do codziennego hałasu. I są takie, które wciągają jak rozmowa o drugiej w nocy — niby spokojna, ale każda kolejna minuta przestawia coś w głowie. „Czas końca złudzeń”, trzeci album projektu BAiKA (Piotr Banach i Katarzyna „Kafi” Figaj), zdecydowanie należy do tej drugiej kategorii.

Przyznaję uczciwie: nie rzuciłem się na ten materiał w dniu premiery. W listopadzie portale muzyczne dość intensywnie rozpisywały się o nowości BAiKI i — może przekornie — wolę w takich momentach odczekać, aż opadnie kurz pierwszych zachwytów. Owszem, trafiały do mnie pojedyncze fragmenty, sample, koncertowe echa. Ale z całością usiadłem dopiero teraz. Jak zwykle: w samochodzie, na spacerze, w słuchawkach między sprawami dnia codziennego — nawet w kolejce do dentysty. I dopiero wtedy ta płyta zaczęła naprawdę pracować.

To album, który nie gra pod algorytm. Nie ściga się o radiową grzeczność, nie wciska refrenu na siłę, nie udaje, że świat jest prosty, a relacje zawsze dają się zamknąć w ładnych puentach. BAiKA idzie w inną stronę: w dojrzałość, konsekwencję i emocjonalną szczerość, która czasem boli — ale właśnie dlatego zostaje na dłużej.

Banach: rozpoznawalna gitara w nowym świetle

Jeśli ktoś kojarzy Piotra Banacha z charakterystycznego sposobu komponowania — riffu, który bywa jednocześnie chwytliwy i lekko zadziorny — tutaj dostaje tę tożsamość w pełnej krasie, ale w nowej scenografii. Gitara nie dominuje brutalnie. Raczej negocjuje przestrzeń z elektroniką: syntezatorami, klawiszowymi płaszczyznami, repetycjami, pulsami i mechaniczną motoryką.

To ważne: „Czas końca złudzeń” nie jest ani „rockiem z bitami”, ani „elektroniką z gitarą na doczepkę”. To spójna synteza. Brzmienie zostało zbudowane tak, by emocja była w aranżu — w napięciu między warstwami, w detalach, które wracają i zmieniają znaczenie. Raz jest gęściej, raz bardziej ascetycznie, ale całość trzyma żelazną dyscyplinę. I ma klimat, który nie ulatuje po pierwszym odsłuchu.

Kafi: wokal jak aktorskie światło — raz łagodne, raz bezlitosne

Wiele wokalistek próbuje po prostu „ładnie zaśpiewać” tekst. Kafi robi coś ciekawszego: ona go odgrywa. Raz teatralnie, raz bardzo intymnie, innym razem z charakterystyczną gardłową chrypką, która brzmi jak emocja ściśnięta w gardle. Ten głos nie udaje miłej pogody. On mówi wprost: „to się dzieje naprawdę”.

I dlatego działa. „Czas końca złudzeń” jest albumem o pęknięciach — o tym, co zostaje, kiedy człowiek przestaje wierzyć w wygodne bajki, własne i cudze. Słychać, że słowo ma tu wagę: nie patetyczną, tylko życiową. Teksty są wielowarstwowe, pełne obrazów, ale bez nadęcia i bez ozdobników dla samej ozdoby. To raczej literatura emocji niż literacka poza.

Koncepcja: 11 utworów o złudzeniach i cenie, jaką za nie płacimy

Tytuł nie jest tu tylko hasłem. Album układa się w spójną opowieść o dojrzewaniu: od społecznych masek, przez relacyjne zgrzyty, po moment, w którym trzeba wreszcie nazwać rzeczy po imieniu.

Otwarcie działa jak dobrze ustawiona trylogia:

„Osobista kultura” — o automatycznych gestach, grzecznościowych przeprosinach i uprzejmości, która bywa wygodną zasłoną dymną. To bardziej opowieść o relacjach niż manifest, ale bardzo celna.

„Pytanie?” — o dialogu bez odpowiedzi, o pisaniu w próżnię, o emocjonalnym zawieszeniu, które potrafi ciągnąć się zbyt długo.

„Kamaryle” — najbardziej bezpośredni i ostry punkt płyty. O konformizmie, układach, wzajemnej adoracji i o tym, jak łatwo kibicujemy mechanizmom, które nas samych unieważniają. To numer, który nie pozwala schować się za wygodnym „to o innych”.

Dalej album prowadzi słuchacza raz w stronę napięcia, raz w stronę kruchej czułości — ale zawsze bez oszukiwania siebie.

Tracklista bez zapychaczy

Na płycie znalazło się 11 utworów:

Osobista kultura
Pytanie?
Kamaryle
Mogło być gorzej
Kopciuszek
Pa, pa
Katarzyna
Amatorka
Burzowa
Na drugi raz pamiętaj
Noski

I uczciwie: trudno wskazać tu kawałek zbędny. Każdy pełni swoją rolę — brzmieniową albo emocjonalną — i każdy coś dopowiada do całości.

Szczególnie zapadają w pamięć:

„Kopciuszek” — numer o kruchości i sklejaniu życia z drobiazgów. Piosenka, która nie musi krzyczeć, żeby ścisnąć za serce.

„Burzowa” — utwór z nerwem i napięciem, które aż prosi się o zapętlenie. Rytm, energia i to „rozpędź mnie” jako bardzo ludzkie błaganie o uwolnienie emocji.

„Na drugi raz pamiętaj” — chłodniejszy, bardziej bezwzględny, z uśmiechem bez ciepła, który zostaje w głowie długo po odsłuchu.

„Noski” — finał jaśniejszy, jak oddech po trudnej rozmowie. Kojący, ale bez taniego happy endu.

Produkcja DIY, ale bez biedy i bez mitologii

Wszystko brzmi tak, jakby powstało blisko ciała — w domowym studiu, bez tłumu ludzi od „targetu” i „formatu”. Ale „domowe” nie znaczy tu przypadkowe. To kontrola, detal i konsekwencja. Warstwy są poukładane, aranże nie udają wielkiego świata — one go budują z drobnych elementów, napięć i kontrastów. Brzmienie jest intymne, ale nie ciasne. Gęste, ale niemęczące.

W dniu premiery Piotr Banach napisał w swoich mediach społecznościowych: „Dzisiaj mam premierę swojej 18 długogrającej płyty studyjnej. Uważam, że jest jedną z najlepszych moich produkcji”. To zrozumiała deklaracja w takim momencie. Prawdziwy test przychodzi jednak później — kiedy emocje opadają, a muzyka zostaje sama ze słuchaczem. I ten test „Czas końca złudzeń” zdaje bez problemu.

Dla kogo jest „Czas końca złudzeń”?

To nie jest płyta do tła. Można jej słuchać w ruchu, w aucie, w słuchawkach na mieście — jasne. Ale sens odpala się w pełni dopiero wtedy, gdy dasz jej uwagę.

To album dla tych, którzy:

  • lubią, gdy piosenka niesie literacki ciężar, ale bez zadęcia,

  • szukają emocji w słowie i aranżu, a nie w efektach,

  • cenią artystów, którzy nie próbują być „dla wszystkich”.

Jeśli ktoś chce lekkiej ucieczki od myślenia — są prostsze propozycje. Jeśli ktoś chce muzyki, która nie udaje prostych odpowiedzi — BAiKA trafia idealnie.

Podsumowanie

„Czas końca złudzeń” jest dojrzały i odważny właśnie dlatego, że w czasach szybkiej konsumpcji kultury BAiKA stawia na rzecz ryzykowną: konsekwencję. To album, który nie musi spodobać się po pierwszych piętnastu sekundach, bo wie, że obroni się na długim dystansie — i że zostawi po sobie ślad.

Banach nie jest tu „legendą z przeszłości”, tylko twórcą w bardzo dobrej formie. Kafi nie jest „głosem obok” — jest współautorką świata, w którym emocje bywają niewygodne, czasem brzydkie, czasem piękne, ale nigdy udawane.

Jeśli „koniec złudzeń” ma brzmieć w ten sposób — niech ten koniec trwa jak najdłużej.


Andrzej Lomperta


Treść dodał:
Fundacja Pixele
Poleć artykuł:

Piszemy o nich w artykule:

BAiKA
Do góry